Kiedyś na spacerze spotkałam pewną panią z suczką w typie jamnika. Dowiedziałam się, że jest ona adoptowana, nie pamiętam jednak już, czy jest z fundacja czy ze schroniska. Właścicielka suni w pewnym momencie rozmowy zaczęła żalić mi się, co też oni jej suni zrobili. A co zrobili? Wysterylizowali! Zaczęły sypać się argumenty mające utwierdzić mnie w przekonaniu, że uczynili psu wielką krzywdę. Pani właścicielka oświadczyła, że jej suka z pewnością jest przez to nieszczęśliwa. Przecież suka to powinna rodzić szczeniaki, bo jak ich nie ma, to nie czuje się spełniona. Pytała, jak to można tak pozbawić sukę tych narządów. Mówiła, że to jest takie okropne, i że szkoda jest jej swojego psa. Przekonywała, że jej sunia jest taka biedna i smutna ze względu na to, co jej zrobili. I że nad tak okaleczonym psem trzeba się użalać i mu to wynagradzać. Dodam, że skutki "wynagradzania" w chwili obecnej objawiają się zwisającymi boczkami u suni.
Któż nie słyszał podobnych słów padających z ust innego właściciela psa - przeciwnika sterylizacji? Któż nie słyszał o tym, że po sterylce suki tyją, stają się leniwe i nieszczęśliwe? I wreszcie - któż nie słyszał o panującym powszechnie przekonaniu, że suka przynajmniej raz w życiu powinna mieć szczeniaki? Sterylizacja, choć tak często wykonywana, to nadal dość kontrowersyjny temat. Dużo się o niej dyskutuje w środowisku psiarzy i niestety bardzo często jest ona ukazywana w złym świetle, pomimo wielu niezaprzeczalnych zalet. Obozy jej zwolenników i przeciwników zaciekle walczą, przy każdej okazji próbując dowieść słuszności swojego stanowiska w tym temacie. Z moich obserwacji wynika, że raczej nie zanosi się w najbliższym czasie na dojście do porozumienia. A może się mylę?